Ile razy zdarzyło Ci się stać przed szafą pełną ubrań i zastanawiać się co dzisiaj założyć? Zapewne jeszcze częściej zamykałaś tę szafę z komentarzem, że właściwie to nie masz nic, co mogłabyś na siebie założyć. Niebieska sukienka nie pasuje przecież do nowych butów, a bordowy sweter gryzie się z granatową spódniczką. Czas iść na zakupy. W końcu sezon wyprzedaży w pełni i na pewno za grosze uda Ci się odświeżyć garderobę.

Nie mam się w co ubrać

nie mam się w co ubrać w ciąży

W mojej szafie zawsze starałam się trzymać tylko te rzeczy, które zakładam minimum raz na pół roku. Jeżeli jakaś rzecz zajmowała zbyt długo miejsce i nie rotowała oznaczało to, że już więcej jej nie założę i czas się rozstać. Oczywiście uwzględniałam sezon letni i zimowy oraz ubrania i buty na specjalne okazje. Jako, że pomimo niskiego wzrostu, nie jestem fanką szpilek to mimo wszystko w mojej szafie jedna para butów na wysokim obcasie musi się znaleźć. Tak na wszelki wypadek.

Odzież ciążowa

Problem z cyklu nie mam się w co ubrać zaczął narastać wraz z pojawieniem się ciąży. Na samym jej początku podjęłam decyzję nie kupowania typowych ciążowych ubrań (z wyłączeniem bielizny). Może i jestem uparta, ale tak sobie postanowiłam i będę twardo się tego trzymać. Dlaczego? A no dlatego, że:

  • producenci znacząco zawyżają ceny tych produktów, licząc, że kobiety nie mające zbyt dużego wyboru i tak zdecydują się na zakup;
  • cena tych ubrań niekoniecznie idzie w parze z jakością – jeżeli mi nie wierzycie to sprawdźcie sami;
  • są to ubrania raptem na kilka tygodni, z którymi później nie będę mieć co zrobić;
  • od ilości kokardek, serduszek i innych słodyczy aż zęby bolą.

Pierwsze sześć miesięcy jakoś sobie radziłam. Ba, pierwszy trymestr to właściwie była bajka. Nic nie widać, brzuszek tylko nieco zaokrąglony, ale nie bardziej niż po solidnym obiedzie z deserem. Trymestr drugi też okazał się mało problematyczny. Kilka luźniejszych sukienek i elastycznych spódnic bez paska zrobiło swoje. Do tego lejące się sweterki i tuniki. Wszystko w moim starym rozmiarze 36, a niekiedy nawet i w 34 się zmieściłam. Mam to szczęście, że przez 28 tygodni ciąży przytyłam tylko 7 kg (i oby takie tempo wzrostu wagi zostało do końca). Lekko zaokrąglony brzuszek sprawia też, że wygląda się bardziej kobieco.

Niestety początek trzeciego trymestru przyniósł ze sobą wiele zmian. Dziecko zaczęło bardzo szybko rosnąć, a wraz z nim moje ubrania jakby się skurczyły. Ulubione sukienki ledwo już wciągam na siebie, a sweterki przestają się dopinać. Ale na szczęście sezon wyprzedaży nadal trwa, a sklepy kuszą obniżkami do -77%. No to szybki wypad do centrum handlowego, na pewno coś dla siebie znajdę. Odwiedzam jeden sklep, drugi, trzeci… piąta, szósta, siódma sukienka… nic nie pasuje. W każdej kiecce wyglądam jak szynka przewiązana sznurkiem. Wszystko jakieś takie ciasne się zrobiło i praktycznie nie leży. Równie dobrze mogłabym kupić namiot w Decathlonie. Zapewne wyszłoby taniej.

Sklepy dla kobiet w ciąży oczywiście nadal omijam wielkim łukiem. Ich promocyjne ceny i obniżki to raczej kpina z klientów. Na szczęście kilka luźniejszych sukienek jeszcze mi zostało, a do końca ciąży niecałe trzy miesiące. Najwyżej pożyczę od Radka jakieś koszule i przewiąże się paskiem w pasie. Oh, wait! Zapomniałam, że nie mam już talii. Niemniej, nie powinien mieć nic przeciwko. Przecież oszczędziłam pieniądze i nic nie kupiłam na tegorocznych wyprzedażach. Nie licząc rzecz jasna ślicznych ubranek dla niemowlaka <3.

A Ty jak sobie radziłaś z problemem ubrań w ciąży?


Podobał Ci się ten wpis? Skomentuj go lub podziel się nim ze znajomymi.